Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 4 gości 
Move
Widok 0 | 5 | 10 | 15 Artykułów

Strona Główna

Kategorie
Ostatnio dodane

Dość kłamstw, „liberalny” Salonie.

„Klątwa” jest wasza, i Palikot był wasz.pl Dość kłamstw. „Klątwa” w Teatrze Powszechnym, nad którym pieczę sprawują władze miasta Warszawy, i w którym to spektaklu wiesza się na szubienicy...

Budżet na 2019 rok przyjęty

Ważne głosowanie w Sejmie. Budżet na 2019 rok przyjęty Posłowie w Sejmie / Źródło: Flickr / Sejm RP / CC BY 2.0Posłowie uchwalili w środę ustawę budżetową na 2019 r. z deficytem...

O co chodzi z odstrzałem dzików – fakty, liczby, opinie

  Data publikacji 14.01.2019r. W styczniu i lutym 2019 roku ma być przeprowadzony odstrzał dzików, co ma powtrzymać rozprzestrzenianie się ASF. W mediach i w wielu dyskusjach pojawiają się opinię,...

Bezpardonowy, barbarzyński atak, który nie powinien mieć miejsca

- Atak na prezydenta Adamowicza był barbarzyński i absolutnie nie powinien mieć miejsca. Przez wszystkich powinien być potępiony, bez względu na to, po której stronie sceny politycznej jesteśmy...

"Beznadziejne uchwały"

Zwrot w sprawie likwidacji szkół! Starostwo wycofuje się z części zmian. "Beznadziejne uchwały"  (MW) Trwa zamieszanie w sprawie reorganizacji powiatowych szkół ponadpodstawowych. Po protestach...

"nie chcę UE jako federacyjnego państwa"

Trwa ofensywa partii rządzącej

Prawo i Sprawiedliwość planuje kontrofensywę!

Rady przyjaciela

Czy wójt gminy Tczew jest już... wójtem?

Tczew od Nowa

"to porażka PiS"

Łukasz Kowalski kandydatem PiS na wójta gminy Tczew

Zbigniew Kończewski kandydatem PiS na burmistrza Gniewa

Prace rozpoczęła sejmowa komisja ds. VAT

Piotr Szubarczyk - Do moich Przyjaciół i Znajomych PDF Drukuj Email
piątek, 27 kwietnia 2018 07:15

 Piotr Szubarczyk Biuro Edukacji Narodowej IPN Gdańsk  - Do moich Przyjaciół i Znajomych

7 kwietnia pojechałem do miasta Czarne w powiecie człuchowskim na spotkanie konsultacyjne w sprawie budowy pomnika żołnierzy AK i powojennych żołnierzy niezłomnych z zagarniętych przez Sowiety Kresów, zwłaszcza z terenów dzisiejszej Białorusi. Dlaczego w Czarnem a nie w Mińsku? Ponieważ Białoruś Łukaszenki nie toleruje jakichkolwiek pomników Armii Krajowej i nie uznaje nielegalnego na dzisiejszej Białorusi Związku Byłych Żołnierzy Armii Krajowej. Starzy ludzie, ostatni żyjący żołnierze AK, Polacy – są na różne sposoby szykanowani, karani grzywnami etc. Pokazano tych naszych rodaków m.in. w filmie dokumentalnym „Weronika i jej chłopcy”. Musimy ich moralnie i materialnie wesprzeć u zmierzchu ich życia dla Polski!

Podczas spotkania konsultacyjnego, na które przyszło około 40 osób, tłumaczyłem to wszystko, wyjaśniając też, że wybór Czarnego jako miejsca czci dla najbardziej tragicznych postaci polskiego Powstania Antykomunistycznego, wynika z tego, że w Czarnem jest od niedawna Szkoła im. Danuty Siedzikówny „Inki”. Nasi kombatanci uznali, że to jest przyjazne im miejsce. Jak bardzo się pomylili. Płakać mi się chce, kiedy o tym myślę. Trafili z postsowieckiej Białorusi na postsowiecki kawałek Polski! Postsowieckiej za sprawą dawnych aparatczyków PZPR i kłamców, a nie wspaniałej młodzieży czarneńskiej, w której oczach widziałem łzy, gdy nadawano ich szkole imię „Inki”.

Na spotkanie przybyła zorganizowana grupa pięciu prowokatorów, którzy postawili sobie za cel niedopuszczenie do budowy w Czarnem pomnika wyklętych z Kresów. Ich liderem, który przygotował „wykład” o „zbrodniach” żołnierzy niezłomnych, okazał się Benedykt Lipski – emerytowany „specjalista do spraw szkoleń” Zakładu Karnego w Czarnem oraz były dyrektor Szkoły Podstawowej w Czarnem w okresie, gdy nosiła ona imię Rokossowskiego.

Nie od razu zidentyfikowałem tę grupę jako prowokatorów z zaplanowanymi zadaniami specjalnymi do wykonania. Gdybym to zrobił, czy przebieg wypadków byłby inny? Chyba nie. Jest rok 2018, ponad ćwierć wieku minęło od dnia, który został uznany za koniec sowieckiego komunizmu w Polsce. Ja bardzo źle znoszę publiczne kłamstwa i ataki na powstańców styczniowych naszych czasów, czyli na Żołnierzy Wyklętych.

Od organizatora spotkania – prezesa Stowarzyszenia Brygada „Inki” Mariusza Birosza (typ szlachetnego wolontariusza, który doprowadził do nadania czarneńskiej szkole imienia „Inki”, co wielu uznało za cud w Czarnem!) dowiedziałem się, że w związku z zaplanowanym w gminie głosowaniem w sprawie budowy pomnika, „nieznani sprawcy” kolportują ulotki, pełne bezwstydnych kłamstw, mające przekonać mieszkańców Czarnego, że jacyś ekstremisci chcą wybudować w Czarnem na koszt gminy (za 850 tys. złotych) pomnik bandytów, którzy zabijali kobiety w ciąży i Żydów cudem uratowanych z Auschwitz! Te ulotki załączam, żebyście sami je ocenili. Szmatławce atakujące mnie za "niegodne" zachowanie żadnej z tych ulotek nie pokazały, bo nie pasowały do ich antyipeenowskiej, antypolskiej bajki o złym "urzędniku IPN", "obrażających" mieszkańców Czarnego.

To nie do wiary, ale duża część ludzi w Czarnem to „kupiła”. Wyniki głosowania były miażdżące (ponad 800 przeciw, niespełna 200 za). Dlaczego tak się stało? To oczywiście kwestia świadomości mieszkańców miasteczka, w którym przez całe dziesięciolecia PRL stacjonowało kilka tysięcy wojska „ludowego” z jego licznymi politrukami i opiekunami z WSW, UB i SB. Funkcjonował Zakład Karny z jego licznymi funkcjonariuszami i „wychowawcami” (tu doszło do pamiętnego buntu więźniów w roku 1989). Odbywały się niezliczone „akademie” i „manifestacje” z okazji rocznicy zbrodniczej rewolucji bolszewickiej, rocznicy powstania armii sowieckiej, rocznicy „wyzwolenia”, ku czci Rokossowskiego itp. Ludzie, którzy to robili, żyją w Czarnem, mają swoje dzieci i wnuki, którym wbijają do głowy, że gdyby nie UB-SB-WSW i podobne instytucje, Polski by już dawno nie było! Oni próbują nadać sens swojemu przegranemu życiu, bo gdzieś pod czaszką kołacze się głos sumienia, który im mówi, że wybrali źle. Zatruwają życie swoim potomkom bredniami rodem z putinowskiej Rosji.

Ja to rozumiem i współczuje każdemu, zwłaszcza młodemu człowiekowi, wnukowi „weterana”, który żyje w Czarnem w takiej atmosferze. Te prawie 200 głosów za budową pomnika to w tej sytuacji i tak niezły wynik... Tylko jak to wytłumaczyć naszym zdruzgotanym bohaterom z Nowogródczyzny? Dla nich to koniec świata! Polskę i Polaków idealizują na co dzień. Ciosu z tej strony się nie spodziewali.

Ale będzie lepiej. Na pewno! Będzie pomnik Wyklętych w Czarnem, gdy przywrócimy mieszkańcom miasta prawdę i poczucie godności. Gdybym w to nie wierzył, popełniłbym już dziś samobójstwo. Bo ja wierzę w Polskę i moje życie – od przystąpienia do pracy w IPN w roku 2001 – jest służbą dla Polski.

Oskarżają mnie („Gazeta Wyborcza Trójmiasto” i „Dziennik Bałtycki”), że obraziłem mieszkańców Czarnego. To wyjątkowo bezczelna manipulacja. Obraziłem pięciu prowokatorów ze spotkania i ich pomocników od nocnej roboty z ulotkami okłamującymi mieszkańców).

To nie była moja pierwsza wizyta w Czarnem. Biorę na świadków wszystkich uczestników – zarówno tego spotkania, jak i poprzednich – że o mieszkańcach Czarnego mówię zawsze z szacunkiem. Ja przeciwstawiam się stanowczo teorii o „wojnie między trzecim pokoleniem AK a trzecim pokoleniem UB”. Ja uważam, że Polska zwycięży dopiero wtedy, gdy młodzi ludzie, także wnukowie ubeków, esbeków i całej tej sowieckiej formacji, powiedzą któregoś dnia swoim dziadkom: - Ja wracam do Polski, dziadku... Jedyną szansą dla Polski jest jedność wokół najważniejszej sprawy, czyli Niepodległości. Mówiłem to w Czarnem publicznie co najmniej pięć razy na różnych spotkaniach.

Władze gminy zarządziły głosowanie w sprawie pomnika, nie wyjaśniając mieszkańcóm, dla kogo ten pomnik. To nie Mariusz Birosz, ale burmistrz miasta powinien przeprowadzić spotkania konsultacyjne! Jestem pewien, że gdyby głosujący wiedzieli, o co naprawdę chodzi, gdyby nie kłamstwa o 850 tysiacach, wynik byłby inny. Władze gminy nie zareagowały na te rzekomo 850 tysięcy, które gmina ma wydać na pomnik. Gdyby ludzie wiedzieli, że od gminy Czarne ci kombatanci z Nowogródczyzny chcą tylko kawałka ziemi (jak na mogiłę…), to wynik byłby inny.

Czarne ma lokalną TV, której dysponentem jest burmistrz. Burmistrz nic nie zrobił, żeby przed głosowaniem zdementować kłamstwa. Nie pozwolił Mariuszowi Biroszowi wystąpić przed głosowaniem i wyjaśnić, o co chodzi. Nagranie z wystąpieniem prezesa Brygady „Inki” wyemitowano po głosowaniu!

Jest rok wyborów samorządowych. Burmistrz Piotr Zabrocki prawdopodobnie uznał, że stając "w obronie" mieszkańców Czarnego, "obrażanych" przez wstrętnego "urzędnika" z IPN, ma nastepną kadencję w kieszeni. Ja Pana nie poznaję, Panie Piotrze. Jest Pan w tych dniach moim wielkim smutkiem. Wielokrotnie dziękował mi Pan za moje wystąpienia w Czarnem, zna Pan moje poglądy i mój entuzjazm, z jakim do Pana mówiłem o cudzie w Czarnem, polegającym na wyborze "Inki". Panie Piotrze, jestem nie tylko publicystą i edukatorem historycznym, ale i starym działaczem samorządowym - od roku 1989. Tak się nie robi kampanii wyborczej. To niegodne. Będzie się Pan tego wstydził a ludzi w Czarnem nie da się długo utrzymać w antypolskiej nieświadomości.

„Gazeta Wyborcza Trójmiasto” rzuciła na całą kolumnę dwuwersowy tytuł dużą czcionką: „URZĘDNIK IPN DO MIESZKAŃCÓW: SWOŁOCZ, J…AŁ WAS PIES! Dopiero pod koniec „artykułu” czytelnik dowie się, że to nie do mieszkańców Czarnego podczas spotkania, ale dwa dni po spotkaniu do jednego z hejterów na Facebooku! Co ten hejter wcześniej do mnie napisał, to czytelnika nie powinno obchodzić…

„Dziennik Bałtycki” cytuje moją odpowiedź hejterowi, ale zaczepki już nie cytuje. I to jest właśnie „dziennikarstwo” naszych czasów. Stwierdzam to ze smutkiem, jako były przewodniczący Rady Konsultacyjnej Stowarzyszenia Prasy Lokalnej w Polsce. Nie tak wyobrażaliśmy sobie w latach 90. odważne media.

Dyrektor Oddziału Gdańskiego IPN, prof. Mirosław Golon – pod presją „Wyborczej” i „Dziennika Bałtyckiego” – ukarał mnie karą nagany.Odwołałem się od tej kary. Czekam na reakcję władz IPN. Oczekuję wsparcia i jasnego stanowiska IPN: albo edukator IPN broni „świętej Sprawy” (tak jest w ostatnim rozkazie gen. Leopolda Okulickiego) i otrzymuje w tej pracy wsparcie, albo jest grzeczny jako „urzędnik” i wszystkim przytakuje, także Lipskiemu.

Przyjąłbym upomnienie (zgodnie z zasadą gradacji kar), bo rzeczywiście poniosły mnie emocje i to było nieroztropne (za to przeprosiłem), ale nie naganę!

Ta nagana to nie jest tylko moja prywatna sprawa. To oznacza, że kłamcy i manipulatorzy z Czarnego oraz ich medialni pomocnicy odniosą „moralne” zwycięstwo a ja za niegodne (tak jest w treści nagany!) zachowanie będę ukarany.

Panie Dyrektorze, to najgorsze słowo, jakiego mógł Pan użyć w treści nagany. To mnie naprawdę zabolało.

Piotr Szubarczyk

 
Odwieczny dylemat PDF Drukuj Email
sobota, 21 kwietnia 2018 05:52

Lejb Fogelman: "Fakt, że jest naród, który potrafił przetrwać przez tysiące lat, niosąc ze sobą przekonanie o umowie z Bogiem, stanowi dla wielu problem. Był problemem dla najnowocześniejszego po oświeceniu państwa, które zajęło się paleniem miliona żydowskich dzieci. Na to pół Europy patrzyło się z sympatią, a do tego jeszcze część brała w tym udział: "

 https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/391184-szokujace-slowa-fogelmana-uwazam-ze-w-polsce-jest-wielu-antysemitow-i-wylazi-ich-coraz-wiecej

Księga Estery: "  «Jest pewien naród rozproszony i odłączony od narodów we wszystkich państwach królestwa twego, a prawa jego są inne niż każdego innego narodu. Praw króla oni nie wykonują i w interesie króla leży, aby ich nie zostawić w spokoju.(...)

 "...wmieszał się pomiędzy inne szczepy całego świata pewien naród wrogo [do pozostałych] usposobiony, który przez swoje prawa sprzeciwia się wszystkim narodom i stale lekceważy zarządzenia królów, tak iż stanowi przeszkodę w rządach nienagannie sprawowanych przez nas nad całością. Przekonawszy się, że jedynie ten naród pozostaje ze wszystkimi w stałej niezgodzie, że trzyma się w odosobnieniu na skutek swych praw, że nieżyczliwy jest dla naszych spraw, spełniając najgorsze czyny, tak iż państwo nigdy nie będzie mogło dojść do wewnętrznego pokoju..."

 http://biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=1392 

 
Mesjanizm – zapomniana droga wielkich Polaków PDF Drukuj Email
wtorek, 17 kwietnia 2018 09:00

Zastanawiałem się nad powodem, dla którego mesjanizm, jako kierunek myślenia politycznego i filozoficznego, jest tak w Polsce zapomniany, a gdy jest podnoszony – jest bezlitośnie wyszydzany i sprowadzany do krzywdzących uproszczeń. 

Odpowiedz jest niestety prosta – mesjanizm jest specyficznie polskim wynalazkiem i właściwie jest polskim wkładem do światowej myśli społecznej i historii rozmaitych doktryn. A nasza epoka – jak dotąd – zapisała się wyszydzaniem i zohydzaniem wszystkiego co specyficznie nasze, polskie!

 

 Ktoś zaraz mi zarzuci, ze przecież mesjanizm odgrywa bardzo duża rolę w myśleniu wielu żydowskich grup wyznaniowych. Fakt, ale ten żydowski mesjanizm zawsze jest albo apokaliptyczny, czyli zawiera w sobie przeświadczenie o zbliżającym się końcu i konieczności stosowania wielu przemian, aby ten koniec nas nie zaskoczył, albo też jest millenarystyczny, czyli skupiony na magii liczb i naznaczaniu okresów, w których nastąpi wielka przemiana, którą należy przygotować.

Polski mesjanizm, szczególnie ten epoki romantyzmu, związany z nazwiskami naszych wielkich wieszczów, szczególnie z publicystycznym dorobkiem Adama Mickiewicza i Zygmunta Krasińskiego, to dziś rzeczy niesłusznie zapomniane i w powszechnym nauczaniu znacznie zafałszowane.

Konserwatyzm, liberalizm, socjalizm, komunizm, to terminy i rzeczywistości dokładnie opisane, każda z tych formacji ma swoich myślicieli i swoja praktykę polityczną. Próżno jednak szukać tam polskich nazwisk, ba próżno nawet wypatrywać przykładów, które dałyby się w Polsce in extenso zastosować.

Dlaczego zatem, oprócz tego że to czysto polski dorobek myślowy, warto dziś poświęcić mesjanizmowi większą uwagę?

Jeżeli zgodzicie się z napisaną poniżej konstatacją, to przekonam Was, że mesjanizm może być niesłychanie płodnym kierunkiem refleksji, a wnioski jakie z nich będą wypływać dadzą się praktycznie aplikować w rzeczywistość Polski XXI wieku. Tak więc:

Polska znalazła się dziś w ważnym momencie, jest to jednocześnie moment piękny, on bowiem oświetli prawdziwe postawy i sprawdzi wiele deklaracji. Piękno wypłynie samo….

Najpiękniejsze są momenty próby i taki właśnie moment – nad polską wspólnotę – nadchodzi Spójrzcie na Stary Kontynent, czy znajdziecie dziś na nim kraj równie przywarty do katolicyzmu, równie związany z Matką Boską?

Ten fakt, wyjątkowości i niejakiego – coraz bardziej widocznego – osamotnienia naszego kraju w Europie karze nam zadawać sobie pytanie: czy idziemy właściwą drogą? I ważniejsze: czy zachowamy tożsamość i niepodległość gdy dopuścimy do sekularyzacji i programowej świeckości naszego kraju?

Przyjmijmy kilka dalszych twierdzeń.  Polskość to dziś wspólnota etyczna, ta wspólnota jest otwarta dla każdego, kto podziela polski ethos. Polskość – w rozumieniu polskich mesjanistów, z którymi w tym miejscu się zgadzam -  to także otwarcie sfery politycznej na wymiar etyczno – religijny. To banalne w swoim brzmieniu przekonanie, że wobec zła, nie można pozostać bezczynnym. Nie dajmy się zagonić do kruchty,o przyjmy się na katolicyzmie, także w dziedzinach działań społecznych i gospodarczych.

Świadomie budujmy wspólnotę opartą na porządku kochania, męstwie i tym co Józef Mackiewicz nazwał obowiązkiem walki pomimo….nasza walka ma dać ostrzeżenie, być początkiem wielkiego ruchu. Gdyby Polacy w 1939 roku nie walczyli z Niemcami i Sowietami, dziś wrzesień 1939 roku nie byłby uznawany za początek walki wolnego świata z totalitaryzmami.

Stare, amerykańskie przysłowie brzmi: „Samotny rybak swoim krzykiem nie jest w stanie zatrzymać nadciagającej fali, jednak jego krzyk może ostrzec dzieci sąsiada…”

Sens temu co robimy nadaje etyka powinności, a nie przeświadczenie o wyjątkowości i „narodzie wybranym”. W tym kontekście łatwiej jest zrozumieć ważne , mesjańskie funkcje: Królewską – dążenie do panowania nad światem i sobą. Prorocką – świadczenie o prawdzie i Kapłańską – gotowość do złożenia siebie w ofierze. Działamy w poczuciu obowiązku a nie wyróżnienia i to znacząco wpływa  na nasze istnienie w poczuciu sensu.

Jesteśmy przeświadczeni o tym, że życie to nie ciąg przypadkowych zdarzeń, ale logiczna droga. Można ponosić klęski, ale nigdy nie można uznać się za pokonanego.

Mesjanizm współcześnie może być rozumiany tak jak w epoce romantyzmu: jako sprzęgnięcie praktycznych działań z ich Chrystusowym sensem. Tu właśnie nie ma ani myśli apokaliptycznych , ani millenarystycznych. Nie oczekujemy wielkiego finału, My Polacy widzimy sens w zmaganiu i w drodze. Dziś w Europie jesteśmy wyjątkowym narodem. Wytrwaliśmy w przymierzu z naszym światem, naszym sensem, nasza religią. To może być znak…choć w tym miejscu byłbym niesłychanie ostrożny. W Toruniu pozwoliłem sobie jednak na dość zuchwałe odczytanie znaków epoki. Skoro jesteśmy dziś jedynym narodem tak konsekwentnie katolickim, to może nie jest to przypadek, może Stwórca właśnie nam coś powierzył, jakiś wielce znaczący obowiązek? 

Jezus nie wybrał uczonych, tylko prostych rybaków.

Dziś Pan nie wybiera najbardziej pysznych narodów. Wybrał Polaków. Postawił nas w momencie próby, nie z powodu wyróżnienia, ale obowiązku. Jesteśmy w postawie Piotrowej, gdy wydarzenia pytają nas o Prawdę.

No dobrze, opisuje to wszystko jakbym opisywał przygotowanie do walki. I tak jest w istocie, bowiem dziś nadchodzą zagrożenia z kilku stron i będziemy musieli stawić im czoła

Uderza w nas neomarksizm i marksizm kulturowy tworzący tzw „postrzeczywistość”, która zakłada, że nic nie jest stałą i jedyną prawdą. Jej przeciwstawić możemy jedynie ćwiczenia duchowe – a więc prawdziwy post. Rozpanoszonej cywilizacji konsumpcji musimy przeciwstawić powrót do powściągliwości, samokontroli.  Nie ma innego antidotum na konsumeryzm jak tylko świadome wyrzeczenie, rodzaj postu.  Cywilizacja nie szanująca życia nie szanuje także prawdy i nie poszukuje uniwersalnych wartości, wszystkie traktowane są w niej utylitarnie i komercyjnie. Za konsumeryzmem, jak za dżumą, która pustoszy, nadciągają dopiero : sępy dzisiejszego świata: Egoizm, samotność i finalne zwątpienie Acedia ( wg. Ewargiusza z Pontu): cywilizacja śmierci.

Cywilizacja śmierci eksploatuje człowieka, drąży go od środka i pozostawia na pastwę wyjałowienia i braku woli.

Innym zagrożeniem jest wroga nam doktryna politycznego islamu . Koncepcja ta traktuje człowieka jako niewolnika Allaha i zwodniczo splata religię, państwo i prawo w jedno. To w istocie Golem Religii i Państwa w jednym – Golem owocujący strachem, cierpieniem i wojną.

Na tym jednak nie koniec, wrogie nam są i ekspansywne wobec nas także wschodnie satrapie, w których panuje zaprzeczenie personalizmu i zwodnicza mistyka.

O metodach walki pisałem już trochę opisując nadciągające zagrożenia. Ważna jest jednak platforma etyczna, na której oprzemy naszą determinację i przekonanie o słuszności walki. To wszystko znajdziecie w pismach naszych największych mesjanistów.

Nie przejmujcie się tym, ze zarzucą nam brak pokory i dążenia do pokoju. Pamiętajmy jedynie o tym, że przemoc bywa zwyrodnieniem walki, a pacyfizm jest zwyrodnieniem odczuwania pokoju przez wolnego i czystego człowieka.

Pamiętajmy, ze nie możemy dać się rozbroić duchowo. Ludzie pozbawieni siły duchowej prędzej czy później stają się niewolnikami. Codziennie przecież powstają nowe formy zniewalania ludzi rozbrojonych duchowo. Ocalając duchowość ocalimy jednocześnie czystą świadomość tego co naprawdę się dzieje.

To ledwie szkic oparty na intuicjach. Intensywnie jednak nad tym myślę, tak jak nad włączeniem do tego systemu kategorii „Świętego gniewu”, mężnej obrony – także fizycznej – która niesie ze sobą pomnożenie dobra .

Dziś, jak nigdy dotąd, potrzeba nam mistrzów duchowych, którzy będą oddziaływać na polskie masy.

Ci, którzy uznali, że przedstawiony państwu tekst jest li tylko bredzeniem egzaltowanego autora, który ucieka w mistycyzmy proszę o podanie alternatywnej interpretacji rzeczywistości i metod radzenia sobie z nią.

Witold Gadowski

 

 
W uścisku „realistów” PDF Drukuj Email
wtorek, 17 kwietnia 2018 08:50

Wiele lat, a nawet dziesięcioleci musi upłynąć, „nim się przedmiot świeży, jak figa ucukruje, jak tytuń uleży” - pisał Adam Mickiewicz, wkładając tę opinię w usta Kajetana Koźmiana, poety pseudoklasycznego, co to „opiewał tysiąc wierszy o sadzeniu grochu”. W przypadku tak zwanych „żołnierzy wyklętych”, których na dobrą sprawę należałoby raczej nazywać niezłomnymi, dziesięciolecia chyba nie wystarczą. Z jednej strony „niech na zawsze w piosence zostanie chwała Polski, partyzancka brać” - jak śpiewaliśmy na obozach harcerskich w Zwierzyńcu na Roztoczu w latach 1957 i 1958, kiedy po październiku 1956 roku na krótko dopuszczono do harcerstwa „starych” instruktorów, niekiedy nawet AK-owców, których miejsce zajęli wkrótce potem partyjni karierowicze – ale z drugiej „reakcyjne podziemie” wzbudzało nienawiść przedstawicieli polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej, która – korzystając z dobrego fartu pod sowiecką okupacją – rozwnuczyła się w kolejnych pokoleniach. Reakcja potomstwa hitlerowskich i sowieckich kolaborantów na przywracanie w Polsce pamięci o żołnierzach niezłomnych pokazuje, że polskojęzycznej wspólnocie rozbójniczej najwyraźniej nie wystarczyło fizyczne ich wytępienie, ale pragnęliby również zatrzeć o nich wszelką pamięć tak, żeby nie pozostał nawet ślad po zatarciu. Jest to skądinąd zrozumiałe, bo odradzanie pamięci o żołnierzach niezłomnych jest dla tego potomstwa nieustannym wyrzutem sumienia nie tylko z powodu łajdactw popełnionych przez przodków, ale również, a może nawet przede wszystkim dlatego, że żołnierze ci podnieśli poprzeczkę godności i honoru tak wysoko, że współcześni folkdsojcze, ani kunktatorzy, co to chętnie przywdziewają kostium „realistów”, nie są w stanie jej dosięgnąć nawet gdy podskakują, więc chociaż hurtowo wystawiają sobie nawzajem certyfikaty przyzwoitości, to w głębi serca wiedzą przecież, że wszystkie one są gówno warte – i to napełnia ich nieustannym bólem rozdrapywanych na nowo ran, zdawałoby się – już dawno i na dobre zarośniętych błoną podłości. Tu dziesięciolecia nie wystarczą i dopóki kolejne generacje odradzającej się nieustannie polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej nie odetną się raz na zawsze od swojej kolaboranckiej przeszłości, to nie zaprzestaną też prowadzenia wojny przeciwko historycznemu narodowi polskiemu, który musi dzielić z nimi terytorium państwowe. Tej nienawiści doświadczyli najdotkliwiej przede wszystkim żołnierze niezłomni i pragnęli uwolnić się od niej, nawet za cenę schronienia się w śmierci. O czym marzyli? Odpowiada na to pytanie wspomniana piosenka: „Święty Pieter ci bramę otworzy. Spyta: skąd? - Z partyzantki jam jest! Wejdziesz w ogród spokoju i zorzy, boś jest Polak i walczyłeś też.” W ogród spokoju i zorzy... Udręczeni już tylko o tym marzyli, już tylko tego chcieli.

Militarna i polityczna klęska żołnierzy niezłomnych stanowi pożywkę dla tak zwanych „realistów”, u których albo niedostateczny temperament, albo brak odwagi, albo i jedno i drugie, wzbudza niechęć do wszelkich form przeciwstawiania się przemocy. Oczywiście ani do braku odwagi, ani niedostatku temperamentu przyznawać się nie wypada, ale od czegóż „realizm”? Toteż w imię „realizmu” postawa żołnierzy niezłomnych i przez nich jest, jeśli nawet nie bezwzględnie i pryncypialnie potępiana, to w najlepszym razie – lekceważona, jako efekt uwiedzenia fałszywą ideologią insurekcyjną, według której siły należy mierzyć na zamiary, co już od początku nosi w sobie zarodek klęski. Na pierwszy rzut oka tej krytyce ze strony „realistów” niepodobna niczego zarzucić. Rzeczywiście ideologia insurekcyjna z jej zasadą mierzenia sił na zamiary, nosi w sobie zarodek klęski. Ale kiedy rozbierzemy sobie te sprawy z uwagą, to nie da się ukryć, że krytyka żołnierzy niezłomnych główne swoje ostrze wymierza w poświęcenie. Tymczasem postawa realistyczna jest możliwa, a zwłaszcza owocna tylko wtedy, gdy nie wszyscy są realistami, gdy niektórzy, a nawet nie tyle „niektórzy” co raczej większość, wykazuje gotowość do poświęcenia na rzecz wymarzonego celu. I ocena, czy cel ów leży w granicach realizmu, musi ten czynni uwzględniać, na równi z innymi, na przykład – liczebnością armii, czy jej uzbrojeniem. W języku wojskowym nazywa się to „morale” i to właśnie ono często przesądza o wyniku konfliktu. „Zwycięży kto najmocniej chce” - głosiła piosenka popularna w czasach pierwszej komuny. I jeśli chodzi o poświęcenie, to żołnierze niezłomni dostarczają miary nie tylko cywilom, ale przede wszystkim – naszej niezwyciężonej armii, w której – jak podejrzewam – od „realistów” aż się roi.

Mieszanie herbaty bez cukru

Zainteresowanie społeczeństwa sytuacją naszej niezwyciężonej armii jest stosunkowo niewielkie, co można tłumaczyć zarówno okolicznością, że Polska została przez rządy SLD-PSL oraz Unii Wolności w znacznym stopniu rozbrojona. O jej kondycji świadczyły statystyki, według których w pewnym momencie liczyła ona 22 tys. oficerów, 45 tys. podoficerów, 12 tys. szeregowców zawodowych i 12 tys. szeregowców nadterminowych. Na jednego oficera przypadało 2 podoficerów, którzy dowodzili do spółki jednym szeregowcem. Podobnie wyglądała armia polska w czasach saskich, no ale wtedy używana była głównie do asystowania przy pogrzebach i tym podobnych uroczystościach. Drugą okolicznością jest skłonność Umiłowanych Przywódców do prężenia cudzych muskułów, to znaczy – muskułów sojuszniczych. Nikt nam nie zrobi nic, bo z nami jest – już nie marszałek Śmigły-Rydz, tylko armia Stanów Zjednoczonych, która do spółki z Bundeswehrą będzie broniła polskich interesów państwowych do ostatniej kropli krwi. W tej sytuacji dalekosiężna myśl wojskowa naszej niezwyciężonej armii kierowała się ku rozmnażaniu dowództw, w których można byłby sporządzić sobie wygodne nisze ekologiczne, gdzie można by spokojnie dotrwać aż do emerytury. Toteż nic dziwnego, że cywile nie zwracali specjalnej uwagi na armię składającą się też z cywilów, którzy tylko z racji swego emploi poprzebierali się w mundury. Przekonanie, że nasza niezwyciężona armia nikogo nie jest w stanie przed niczym obronić, było dodatkowo umacniane przez nie tyle nawet wprowadzenie batalionów obrony terytorialnej, co opowieści, że to właśnie one, w sytuacji gdy główne siły nasze niezwyciężonej zostaną już rozgromione, stawią napastnikowi bohaterski opór, na widok którego on się „zadziwi i zlęknie”, dzięki czemu ostateczne zwycięstwo będzie należało do nas. Nawet osobom bez specjalnego przygotowania wojskowego wydawało się to dziwne w sytuacji, gdy klasycy nauk wojskowych twierdzili, że jednym z podstawowych celów jest jak najszybsze przeniesienie wojny na terytorium nieprzyjaciela, a nie ściąganie jej na terytorium własne. Tymczasem zawirowania i spory, jakie wybuchały wokół naszej niezwyciężonej armii przechodziły nad tymi wątpliwościami do porządku, koncentrując się na „strukturze dowodzenia”, co przypominało mieszanie herbaty w szklance, do której zapomniano dosypać cukru.

Kosztowne zaniedbania i zaniechania

Tymczasem nawet w sytuacji posiadania potężnych sojuszników, trzeba zadbać o muskuły własne, bo czym kończy się prężenie cudzych muskułów, to przekonaliśmy się we wrześniu 1939 roku. Oczywiście możliwości te zależą od stanu gospodarki państwa, bo – jak to już dawno zauważył pogromca Napoleona, książę Wellington - „armia maszeruje na brzuchu”. Ale bywają niekiedy okazje pozwalające pójść na skróty i właśnie po praz pierwszy mieliśmy z nią do czynienia, gdy prezydent Kwaśniewski i premier Miller wprowadzili polski kontyngent wojskowy do Iraku. Było to spełnienie prośby administracji prezydenta Busha, którego można było wtedy poprosić o przynajmniej dwie przysługi wzajemne: obietnicę, że USA nie będą wywierały na Polskę nacisków w sprawie żydowskich roszczeń majątkowych oraz o amerykańska zgodę na militarną konwersję polskiego długu zagranicznego. Tak się bowiem złożyło, że w tym czasie zagranicznymi wierzycielami Polski były już wyłącznie państwa członkowskie NATO. Z tego tytułu Polska miała argument w rozmowie z Amerykanami i innymi rządami, że militarna konwersja, polegająca na tym, że pieniądze, które Polska miałaby oddać wierzycielom z tytułu spłaty długu, za ich zgodą przeznaczyłaby na modernizację własnej armii, będącej przecież składnikiem sił zbrojnych NATO i w dodatku rozlokowanej za wschodnim krańcu obszaru obrony NATO. Zatem taka militarna konwersja dokonałaby się w interesie wszystkich uczestników Paktu, a nie tylko Polski. Niestety ani jedna, ani druga propozycja nie została prezydentowi Bushowi złożona, bo Aleksander Kwaśniewski myślał, że w takiej sytuacji prezydent Bush z wdzięczności zrobi go I sekretarzem ONZ, a w ostateczności – I sekretarzem NATO. Nic z tego nie wyszło i Polska też nic z tego nie miała, bo tylko agenci amerykańscy dostali swoja dolę za pośrednictwem firmy Nur Corporation, która te „honoraria” rozprowadzała.

Druga okazja – tez zresztą zaprzepaszczona – pojawiła się, gdy prezydent Obama zresetował swój poprzedni reset stosunkach z Rosją, w następstwie czego USA powróciły do aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej, zapalając zielone światło dla przewrotu politycznego na Ukrainie. Kiedy w czerwcu 2014 roku prezydent Obama pojawił się w Warszawie, by powinszować nam, że ponownie podjęliśmy się niebezpiecznej roli amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią, dwukrotnie na antenie Radia Maryja mówiłem, by tym razem już nie powtarzać błędu prezydenta Kaczyńskiego, który wcześniej podjął się tej roli za darmo, tylko żeby przedstawić prezydentowi Obamie dwie prośby: po pierwsze – by USA oficjalnie obiecały Polsce, że nie będą wywierały na nią nacisków w sprawie roszczeń żydowskich – a obecny rozwój wypadków pokazuje, jak ważna była to sprawa – oraz drugą – że Polska, podejmując się niebezpiecznej roli amerykańskiego dywersanta, siłą rzeczy stała się państwem frontowym. W związku z czym chcielibyśmy, by USA traktowały Polskę tak samo, jak inne państwo frontowe, czyli Izrael. To znaczy – 4 miliardy dolarów rocznie kroplówki finansowej na modernizacje i dozbrojenie armii oraz udogodnienia wojskowe, podobne do tych, z jakich korzysta Izrael. I znowu nikt nie ośmielił się złożyć prezydentowi Obamie tych propozycji, łącznie z Księciem-Małżonkiem Radosławem Sikorskim, inaczej nazywanym „Paziem”, który w podsłuchanej rozmowie wypłakiwał się, że musi Obamie „robić laskę” za darmo. Ale Rzeczpospolita nie płaciła Księciu-Małżonkowi za „robienie laski”, tylko za pilnowanie polskich interesów, do czego „Paź” najwyraźniej był albo za głupi, albo zbyt nieśmiały. „Laskę” by jeszcze zrobił, ale już nic więcej.

Po pierwsze – nie zachęcać

Nie jestem fachowcem wojskowym – a to oni powinni odpowiedzieć przywódcom państwa, jaka armia jest potrzebna do osiągnięcia celów, wynikających z polityki państwa. To o owo jednak i ja mogę powiedzieć, odwołując się do takich tęgich teoretyków wojny, jak Karol von Clausewitz. Zauważył on między innymi, że sprawcą wojny nie jest napastnik, tylko napadnięty, bo swoja słabością najwyraźniej musiał zachęcić napastnika. Podobnie myślały wilki z bajki napisanej przez biskupa Ignacego Krasickiego, jak to w lesie przydybały jagnię. Już zabierały się, by je rozszarpać i zjeść, gdy tymczasem jagnię postawiło sprawę na nieubłaganym gruncie praworządności – że jakże mogą je rozszarpywać i pożerać bez dania racji? Wilki się zreflektowały; rzeczywiście, tak nie można – i przedstawiły jagnięciu trzy powody, dla których zaraz rozszarpią je i pożrą: „smacznyś, słaby i w lesie” - „Zjedli niezabawem” - konkluduje pozbawiony złudzeń ksiądz biskup. Wypływa z tego wniosek, by nie dopuszczać do takiej słabości państwa, która zachęcałaby jakiegoś potencjalnego napastnika. A wydaje się, że pochłonięci sporami o „strukturę dowodzenia” naszą niezwyciężoną armią Umiłowani Przywódcy, a zwłaszcza – pan prezydent Duda, dopuścili do sytuacji, w której ukraiński generał odgraża się, że jeśli Polska będzie pomstowała na banderyzm, to półtoramilionowa ukraińska diaspora w Polsce „chwyci za kije”. Ciekawe, czy gdyby pan prezydent Duda zawiózł do Kijowa jeszcze jeden miliard euro haraczu, Ukraińcy w Polsce też „chwyciliby za kije”, czy jednak trochę by z tym poczekali?

Drugą sprawą jest eliminacja ze struktur państwa agentury – no a z tym Polska ma problem już od 1944 roku. Ciekawe, że ta sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej w związku z tzw. transformacją ustrojową, kiedy to bezpieczniacy, gwoli wyrobienia sobie jakiejś polisy ubezpieczeniowej na wypadek ewakuacji Sowietów ze Środkowej Europy, na własną rękę zaczęli przechodzić na służbę do przyszłych sojuszników Polski, wskutek czego nasz nieszczęśliwy kraj jest jakby sparaliżowany i niezdolny do realizowania swoich interesów w stosunkach sojuszniczych. Ten paraliż dochodzi do tego, że Polska sprawia wrażenie bezbronnej nawet wobec pana Kramka, który otwartym tekstem nawoływał do obezwładnienia rządu. Tych buńczucznych deklaracji musieli wysłuchiwać nie tylko ludzie odpowiedzialni za bezpieczeństwo Polski w niezwyciężonej armii, ale i bandy darmozjadów, dekujące się po tak zwanych „służbach”. W tej sytuacji pan Kramek i tak jest uprzejmy, że jeszcze nie przechodzi od słów do czynów – ale jak długo możemy liczyć na jego dobrą wolę?

Stanisław Michalkiewicz    Portal Informacyjny „Magna Polonia” (www.magnapolonia.org)    16 kwietnia 2018

 
AKTYWNIEJ W TERENIE PDF Drukuj Email
sobota, 10 marca 2018 07:55
Już nie wiceminister, za to kandydat na prezydenta Gdańska? Kazimierz Smoliński: Fot. Agencja KFP/Mateusz Ochocki
  • Piątek,

     

    09 marca 2018

     

    15:33

Już nie wiceminister, za to kandydat na prezydenta Gdańska? Kazimierz Smoliński: "Czekam na rozstrzygnięcie"


- Będę chciał wykorzystać doświadczenie ministerialne i wspierać pomorskie inwestycje - zapewnia Kazimierz Smoliński z Prawa i Sprawiedliwości. W czwartek dowiedzieliśmy się, że premier Mateusz Morawiecki przyjął jego dymisję z funkcji wiceministra infrastruktury i budownictwa.


W rozmowie z reporterem Radia Gdańsk Kazimierz Smoliński odejście tłumaczył między innymi reorganizacją rządu. - Pan premier przyjął rezygnację moją i dwóch innych ministrów. Głównie jest związana ona ze zmianą rządu i struktury funkcjonowania ministerstwa. Dział budownictwo został przeniesiony do innego resortu, ale także podzielony między ministerstwo rozwoju oraz kancelarię pana premiera. W związku z tym, że pan premier zapowiedział znaczne oszczędności i dalszą reorganizację polegającą na zmniejszaniu liczby wiceministrów, to nie było możliwości przeniesienia mnie do ministerstwa rozwoju. Taka jest służba. Tak jak pan premier powiedział, ministrowie i wiceministrowie są w służbie, ona zawsze się zaczyna i się kończy - mówi poseł Prawa i Sprawiedliwości.

 


PREZYDENT ZAMIAST WICEMINISTRA

Odejście Kazimierza Smolińskiego z ministerstwa przez niektórych jest postrzegane jako zapowiedź jego kandydatury na prezydenta Gdańska. - Nie mnie to oceniać. To decyzje polityczne podejmowane na najwyższym szczeblu. Gdańsk jest bardzo ważnym ośrodkiem nie tylko gospodarczym, ale także z politycznego punktu widzenia, szczególnie dla mojej formacji politycznej, więc czekam na to rozstrzygnięcie. Dla mnie jednak przede wszystkim jest ważna praca w parlamencie i jako posła w terenie - zaznaczał. 


AKTYWNIEJ W TERENIE

 

Polityk w rozmowie z naszym reporterem przyznawał, że "było trochę narzekań na zbyt mało aktywną pracę w terenie". - Siłą rzeczy praca w ministerstwie ograniczała moją aktywność poselską. To jest prawda, rzadko byłem w biurach poselskich, a jeśli już, to tylko w weekendy. A w weekendy obywatele z reguły chcą odpoczywać, a nie spotykać się z posłem. Pod tym względem na pewno będzie lepiej, będę miał więcej czasu na pracę w terenie. Szczególnie w okresie przed wyborami samorządowymi, które są ważne dla wszystkich, a dla mojej formacji politycznej szczególnie - mówił. 

INTERESY POMORZA

Po dymisji pojawiły się głosy, że to zła wiadomość dla Pomorza, bo traci przedstawiciela, który może w ministerstwie dbać o o interesy regionu. - Trochę jest w tym racji, ale nie przesadzałbym. Moje zaangażowanie w działalność ministerstwa nie pozwalało mi realizować wielu spraw, które mógłbym realizować jako poseł. Po prostu nie było czasu. Jako poseł będę chciał wykorzystać doświadczenie ministerialne, żeby sprawy ważne dla Pomorza pilotować czy też wspierać. Często jest tak, że to wsparcie jest potrzebne - zapewniał Smoliński. 

- Środków w budżecie jest określona ilość, one nie wystarczą dla wszystkich. Kto lepiej uzasadni wniosek, czasem kto jest pierwszy - to decyduje, czy coś jest, czy tego nie ma. Jestem przekonany, że będę mógł dalej wspierać wiele naszych inwestycji, które już się rozpoczęły albo mają być realizowane na Pomorzu - dodawał.

Nazwisko Kazimierza Smolińskiego zaczęło pojawiać się w kontekście ewentualnego objęcia funkcji przewodniczącego Komisji Infrastruktury. - Nie. Nie przewiduję i w ogóle nie ubiegam się o to. Przewodniczący Komisji pan poseł Bogdan Rzońca jest bardzo dobrym przewodniczącym i na pewno będzie dalej sprawował tę funkcję - zakończył Kazimierz Smoliński. 

 

Wojciech Stobba

 
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna > Ostatnie >>

Strona 5 z 164